MEGAMOCNI

Alkoholik odkrywa wartość rodziny

alkoholizm miłość przyjaźń psychologia rodzina uzależnienia

Dodano 2013-05-06 08:42:37 | Autor: Emil Kowalski

Zawsze marzyłem o kochającej żonie, która da mi dzieci i razem będziemy brnąć przez ten nie zawsze kolorowy świat. Wydawało mi się, że miłość pozwoli przezwyciężyć wszelkie trudności. Marzyłem o domu, w którym będzie ciepło, który – jak się uda – sam wybuduję. Uważałem, że nieważne kto daje w danej chwili więcej, czy to pieniędzy czy też pracy, bo wszystko idzie do jednej puli.

Być może to idealistyczne marzenie, lecz myślę, że tych kilka podstawowych oczekiwań jest możliwych do spełnienia. Kwestia jest tylko jedna – oboje muszą chcieć tego samego. Kompromis w działaniach jest możliwy i dzięki wytrwałości możemy nawet wybudować ten dom.

Moje życie pokazało inaczej.

I jedno jest pewne – to nie tylko picie stanęło na drodze ku spełnieniu tych wszystkich wyobrażeń. Ale również pewne jest to, że mój alkoholizm wyhamował niemal do zera ich realizację. Ponad dziesięcioletni „letarg” to jak wyrok w więzieniu, a świat i ludzie już daleko ode mnie. Trzeba to nadrobić.

Nie jest koniecznym odkrywanie ran i wskazywanie kto jest winny tego, co mnie w życiu spotkało – utraty rodziny. Teraz nastały inne czasy, te które od lat wyobrażałem sobie i śniłem o nich. Wtedy było to utopią, która ma rację bytu nawet nie w słowach, a tylko w wyobraźni. Słuchałem piosenek, które powodowały łzy i wzbudzały moją fantazję o miłości i szczęśliwym życiu. I miałem tę rodzinę, choć nie była doskonała i wielu rzeczy nie mogliśmy osiągnąć z powodu braku pieniędzy. Myślałem również, że wiem co zrobić, aby wszelkie przeciwności nie zatuszowały tego, co najcenniejsze – ciepła i miłości. Mówiłem zonie o tym setki razy i przekonywałem o lepszym jutrze. Lecz to słowa, do których potrzeba cierpliwości, a tej zawsze brakowało. Nie wiem czy jej bardziej czy mi – nie chcę się nad tym zastanawiać. Wszystko miało być niemal od razu – to nas w dużej mierze zgubiło.

A teraz jak jest?

Komputer + Internet + Facebook = Miłość! Tak właśnie w skrócie i dla niektórych śmiesznie i nierealnie można nazwać moją drogę do spełnienia. A najlepsze jest to, że sam sobie zaprzeczyłem i niejako zlikwidowałem swój pesymistyczny stosunek do tego typu historii. O tym pisałem tutaj. W efekcie powstała historia niczym z filmu romantycznego „Bezsenność w Seatle” – chyba ten zna większość z Was. Jedyną różnicą są wątki fabularne. Zanim jednak zostałem w pełni przyjęty przez wymarzoną kobietę, przez półtora roku, godzinami rozmawialiśmy i wspólnie borykaliśmy się z problemami. Była to przyjaźń, a jak się okazało również miłość. To pozostało do teraz. Zamieszkaliśmy razem i wspólnie prowadzimy to życie, o którym na początku napisałem. Ta utopia stała się faktem.

Dzięki mojej obecnej partnerce poznałem, co to prawdziwe życie rodzinne. Obawiałem się, że nie podołam, bo przecież tyle lat byłem samotnikiem, gburem i pijakiem. Widziałem jedynie swój brzuch i jak go napełnić alkoholem. Teraz jest radość, gdy mogę przynieść wypłatę do domu i „rozdać” wszystkim, niekoniecznie zostawiając cokolwiek sobie. Przychodzi mi z łatwością poranne wstawanie do pracy, w której spędzam nawet do 10 godzin dziennie. Nie odczuwam żadnych złych „fluidów”, które powodują zniechęcenie i rezygnację. Każdy zarobiony pieniądz jest dla nich, a moja partnerka wraz ze swoją córką doceniają to. Nigdy nie mogłem się przekonać co to jest, gdy inni mogą się cieszyć z tego, co do domu przyniosę.

Mogę na nich liczyć. Zawsze, gdy nie czuję się najlepiej, idę porozmawiać, pobawić się. Mam z kim. Po raz pierwszy w życiu wracam z pracy „na biegu”, tak aby jak najszybciej być w domu. Nie ma żadnych myśli o spędzaniu dodatkowo czasu "po robocie na piwie". Niegdyś był to jedyny sposób na moje życie prywatne. Obecnie moje życie prywatne toczy się na równi z rodzinnym.

Zawsze miałem uczucie, że coś mi zabierają, że tylko innym daję, że nic nie mam dla siebie. Tak było wcześniej i faktycznie, zarabiałem, pracowałem a nawet gdy chciałem usiąść w zamkniętym pokoju i pisać spokojnie, to był problem – „Bo ty nic nie robisz..” – te słowa i podobne były na porządku dziennym. Nigdy nie mogłem być wylewny w uczuciach, bo to było „przyziemne i niepotrzebne”. Każda wycieczka, zaplanowany spacer były „stratą czasu i niepotrzebnym wydatkiem”. A więc w efekcie tymże wydatkiem stał się alkohol – brałem butelkę i sam robiłem wypady do lasu. Ta codzienność na początku była dla mnie zbawieniem, lecz niestety stała się jedyną możliwą formą spędzania czasu na świeżym powietrzu i wśród przyrody. A te rzeczy dla mnie mają bardzo duże znaczenie – nie lubię szarości. Tylko, że nie zauważyłem w porę mojej choroby i mój relaks już należał do jej całości. Wpadłem w nawyk – standard.

Wiem jedno – mogę liczyć na swoją nową rodzinę bezinteresownie. Mam niemal wszystko, czego potrzebowałem. Przy nich mogę realizować nawet najśmielsze plany, a oni dołączają się do mnie.

Muszę – to słowo u mnie niemal nie istnieje. „Musisz zarabiać by mieć rodzinę” – tego nie słyszę. „Musisz być bo wujek przyjeżdża” – ja będę bo chcę. I ciężko mi jest napisać dokładnie o tym, co mnie spotkało i myślę, i chyba nie trzeba, bo każdy może się domyślić.

To była długa droga.

Żeby poznać wartość prawdziwego szczęścia rodzinnego, musiałem sam sobie zaaplikować szereg nieszczęść – nikt ich mi nie podrzucał, nie chcieli żebym się stoczył. Ale jak to już jest z alkoholikami, oni sami sprawiają sobie ból, który potęgują wyobrażeniem, że ktoś dla nich chce najgorszego. To potem staje się standardem – myśli błądzą, powstaje przekonanie o swoim totalnym upadku. A przecież tak wiele można zmienić. Jeśli nie lubisz szczawiowej, to czy ją jesz?... Pewnie nie! Więc, jeśli nie odpowiada Ci życie jakie prowadzisz, to nadal musisz w nim być? Wydaje się proste, lecz butelka ma argumenty, których nie umiemy przebić – to tylko błędne myślenie. Nie ma takich argumentów.

Piję umiarkowanie i wiem co to rodzina!” – tak usłyszałem od mojego przyjaciela jeszcze na dwa lata przed rozwodem. Zapytałem wtedy – „A czy nie uważasz, że codziennie pić to już przesada, nawet gdy to jest 2 piwka?”. Oczywiście takie pytanie, jeszcze 3 lata temu nigdy by nie padło, no ale stałem się „mądry”. Kolega zapierał się i zapewniał o kontroli jaką ma nad wszystkim. Czas minął. Nie mieliśmy okazji dłużej rozmawiać – odszedł w inny świat, ten który doskonale znam - „życie na rauszu”. Rozwiódł się z tego powodu, chociaż uparcie twierdzi, że nie.  

To smutne gdy nie umiemy oceniać własnych postępowań. Do tych ludzi należałem. brak tej oceny powoduje, że nie widzimy innych, nie widzimy własnej rodziny. A tylko wsórd swoich braci, małżonki, ojca czy matki, możemy znaleźć prawdziwą pomoc. Przyjaciele mogą wiele powiedzieć, nawet wpłynąć na zachowanie lecz nie dadzą najwazniejszego - spokoju w rodzinie.

zdj.sxc.hu

Zapowiedź Artykuły całego cyklu

Kolejne artykuły z cyklu

ukazują się

co poniedziałek a już następny to

"Dzieci alkoholików"

  1. Niepełnosprawność na życzenie
  2. Od tego się zaczęło
  3. Medyczne i moralne pojęcie alkoholizmu
  4. Zmiana wyglądu u alkoholika
  5. Słownictwo i wypowiedzi - moje zmartwienie
  6. Psychika alkoholika
  7. Alkoholik w rodzinie
  8. Mój partner pije
  9. Alkoholik odkrywa wartość rodziny
  10. Dzieci alkoholików
  11. Korzyści alkoholika
  12. 12 artykułów alkoholika jak 12 kroków do trzeźwości

 

Czytelnicy również piszą.

Sprawdzaj powiązane tematy

 
  1. Spowiedź - historia czytelnika
  2. Nie piję - nie jestem Polakiem?
  3. Czytelnik pisze: Takie koło zamknięte...
  4. Gdy mama i tato pije...