MEGAMOCNI

Janusz Rokicki - "Nie ma porażek, są tylko nowe doświadczenia"

cykl lekkoatletyka sport wywiad

Dodano 2013-11-13 09:12:04 | Autor: Jacek Gibel

Jak sam pisze na swojej stronie internetowej: Jadący pociąg o 4 rano zmienił całe moje życie. To właśnie wtedy, wracając do domu po otrzymaniu wypłaty, Janusz Rokicki został napadnięty i okradziony. Sprawcy zostawili go na torach, licząc na to, że przejeżdżający pociąg zakończy tę sprawę raz na zawsze. Maszynista zareagował, ale za późno, a trzy wagony przejechały po 18-latku, obcinając mu obie nogi.

Z Januszem Rokickim, dwukrotnym srebrnym medalistą igrzysk paraolimpijskich (Ateny 2004, Londyn 2012) w pchnięciu kulą, ale także wicemistrzem świata (2006) oraz mistrzem (2005) i wicemistrzem Europy (2012), udało nam się przeprowadzić krótki wywiad, który prezentujemy poniżej.

Skąd wzięło się Pańskie zainteresowanie lekkoatletyką? Dlaczego właśnie pchnięcie kulą?

Moja przygoda ze sportem rozpoczęła się od pływania. Podczas miejskiej spartakiady, kiedy wygrałem całe zawody w pchnięciu kulą bez specjalnego przygotowania, pewien chłopak powiedział mi, że jest możliwość trenowania pchnięcia kulą profesjonalnie. Moje warunki fizyczne sprzyjały właśnie tej dyscyplinie, więc był to strzał w dziesiątkę.

Który ze startów w dotychczasowej karierze wspomina Pan najbardziej?

Myślę, że mój pierwszy start na igrzyskach w Atenach w 2004 roku. Jechałem tam jako stuprocentowy faworyt do złotego medalu, ponieważ byłem w dobrej jak dla mnie grupie startowej, do której zaklasyfikowano mnie przez polskich klasyfikatorów. Po przylocie do Aten musiałem stawić się na międzynarodowej klasyfikacji startowej, na której przesunięto mnie do najwyższej grupy, gdzie waga kuli zmieniła się z 4 kg na 5 kg, a odległości była dalsze niż w tej niższej grupie, co mnie załamało. Prysły marzenia o złotym medalu, wszyscy klepali mnie po plecach i mówili, że na następnych zawodach będzie dobrze,. Dzień zawodów zapamiętam do końca życia: stres masakryczny, pierwszy mój start na takich prestiżowych zawodach z najlepszymi na świecie zawodnikami. Po pierwszej serii byłem pierwszy, wszyscy byli bardzo zdziwieni, bardzo dobrze pchałem. Lepszy wynik uzyskał tylko Egipcjanin, a ja zdobyłem srebrny medal.

Chyba można powiedzieć, że w pewien sposób nie ma Pan szczęścia do Igrzysk Paraolimpijskich. W Pekinie zabrakło jednego centymetra do podium, cztery lata wcześniej w Atenach złoto odebrał Panu błąd sędziego. Jak Pan się wtedy czuł?

Czy mam pecha? Nie, po prostu życie w stosunku do mnie jest bardziej wymagające (śmiech). Takie przeciwności losu jeszcze bardziej mobilizują mnie do poprawy i wyciągnięcia wniosków z mojego lub nie mojego błędu. W Pekinie ten centymetr dał mi dużo do myślenia, nauczył mnie pokory. Nabrałem większego szacunku do zawodników.

Ma Pan w dorobku dwa medale paraolimpijskie, ale wciąż brakuje najcenniejszego krążka. Jak ocenia Pan swoje szanse na najbliższych igrzyskach w Rio de Janeiro?

Tak, mam dwa medale, jestem szczęśliwy z ich posiadania. Są one moją nagrodą za cały trud włożony w przygotowania do igrzysk. Bardzo chciałbym - pewnie jak każdy sportowiec - stanąć na najwyższym stopniu podium podczas Igrzysk i wysłuchać Mazurka - hymnu polskiego. Jest to marzenie, do którego chciałbym dojść i je zrealizować.

Brazylijski pływak Daniel Dias zwrócił mi kiedyś uwagę, by nie nazywać innych zawodników "rywalami", a raczej "przeciwnikami", bo poza basenem wielu z nich się przyjaźni. Jak jest w Pana przypadku? Czy ma pan jakieś bliższe relacje z innymi kulomiotami i lekkoatletami, zarówno polskimi jak i zagranicznymi?

Nie wiem czy różnica między „rywalem” a „przeciwnikiem” ma dla mnie jakieś znaczenie. Mam jednego rywala – Rosjanina - jednak przyjaźnimy się z sobą, piszemy do siebie. Jest z niego fajny facet, nawet na starcie podchodzimy do siebie. Nie warczymy na siebie, jak czasem widać to w innych dyscyplinach.

Jak oceniłby Pan sytuację sportowców niepełnosprawnych w Polsce? Czy mogą oni liczyć na dostateczne wsparcie ze strony rządu, władz lokalnych, klubów? Czy uważa Pan, że podejście do sportowców niepełnosprawnych zmieniło się w ciągu ostatnich lat?

Jak na polskie realia, w sporcie osób niepełnosprawnych nie jest tragicznie, ale nie jest też dobrze. Nie warto porównywać się z innymi krajami, bo można popaść w depresję - pod każdym względem jest gorzej, począwszy od finansowania sportu, ilości i jakości przygotowania do zawodów, a kończąc na nagradzaniu zawodników za wyniki sportowe. Podejście do sportowców, ale przez kogo? Przez społeczeństwo czy państwo polskie? Społeczeństwo bardzo dobrze odbiera sportowców, każdy kocha patrzeć na sport, w którym rodak walczy i wygrywa. Jeśli zaś chodzi o państwo, to wszystko jest dobrze podczas powrotu z zawodów, a potem często o nas zapomina, ale myślę, że jednak coś się zmienia na lepsze. Wiadomo, że nie może być to „pstryk” i jest wspaniale. To wymaga czasu.

Jak spędza Pan wolny czas?

Wolny czas – kiedy go mam – spędzam z rodziną i dziećmi – nadrabiam zaległości z nimi. Lubię przebywać na takiej działce RODOS – Rodzinne Ogródki Działkowe Ogrodzone Siatką (śmiech). Cisza i spokój.

Czy ma Pan jakieś motto, którym kieruje się w życiu?

Motto? Hmm, myślę, że chęć przezwyciężania swoich niepełnosprawności, pokonywania barier, jakie życie mi szczodrze daje, udowadnianie samemu sobie – może innym też – że warto, że można, tylko najważniejsze to trzeba chcieć. Wyznaczyć sobie cel i dążyć, dążyć i jeszcze raz dążyć do wyznaczonego celu.

Gdyby mógł Pan przekazać czytelnikom naszego portalu jedną rzecz, co by to było?

Warto inwestować w marzenia, dawać z siebie wszystko, nie poddawać się nigdy. Podobno nie ma porażek, są tylko nowe doświadczenia.

SYLWETKA ZAWODNIKA:

Imię i nazwisko: Janusz Rokicki

Dyscyplina: Pchnięcie kulą

Niepełnosprawność: Brak nóg