MEGAMOCNI

Spowiedź - historia czytelnika

alkoholizm uzależnienia Wasze

Dodano 2013-03-27 06:48:06 | Autor: Jacek Gibel

Poniżej prezentujemy pierwszy nadesłany do nas list od czytelnika. Autor, pragnący zachować anonimowość, najwyraźniej zainspirował się naszym cyklem "Piszę ja i mówię nie tylko o sobie", bo po raz kolejny poruszona jest tematyka... alkoholowa. Oczywiście zachęcamy do dzielenia się z nami i czytelnikami własnymi historiami, niekoniecznie związanymi z tym tematem.

A oto treść otrzymanego listu:

Czy młody chłopak, który w życiu nie zarobił złotówki, może zostać określony mianem alkoholika? Niestety tak. Według mnie wszystko, co mnie dotyczy, już się do tego miana kwalifikuje.

Jeśli miałbym być szczery, a takie jest założenie tego tekstu, to nazwałbym siebie alkoholikiem. Nie, nie alkoholikiem, jacy przychodzą wam do głowy. Nie mam brody, brudnych ciuchów, nie sypiam na przystankach. Jeszcze nie. Rocznik 1991, niespełna 22 lata. Szczerze mówiąc, niczego w życiu mi nie brakowało, naprawdę niczego. Każda zachcianka była spełniana w ciągu paru dni, choć tak naprawdę wiele ich nie było. Często słyszałem, że „dostałem wszystko, zanim w ogóle o tym pomyślałem”. Coś w tym było, serio. Bardzo dobry komputer, super ciuchy, w części nawet nie chodziłem. Ale miałem, złego słowa nie można było powiedzieć.
Rodzice zarabiają dobrze, ale mają bardzo stresującą pracę. Coś za coś. Niestety, być może przez to moja sytuacja wygląda teraz tak, jak wygląda. Ich alkoholikami bym nie nazwał, po prostu po pracy muszą się odstresować. W końcu ciężko pracują, mają prawo do tego.  Co do mnie, tu już nie jest tak łatwo. Nie mam pracy, całe życie jestem na utrzymaniu rodziców. Podstawówka super, naprawdę byłem bardzo dobrze zapowiadającym się dzieciakiem. Gimnazjum? Nadal super, pomijając epizody, gdy wracałem pijany. Tak jak mówię, epizody, bo naprawdę pijany byłem może raz, może trzy razy w czasie trwania mojej nauki gimnazjalnej. Tylko tak naprawdę pijany, kiedy rodzice musieli pilnować mnie z miską, bo wymiotowałem nawet o tym nie wiedząc.  Nieważne w tym momencie, mówiłem o swojej edukacji. Poszedłem do liceum, najlepszego w okolicy. Radziłem sobie super, pomijając pewne epizody. Tak czy siak skończyło się na super, naprawdę super zdanej maturze. Z tymi wynikami dostałbym się na każdy kierunek techniczny  w tym kraju. Wybrałem jedną z najbardziej elitarnych uczelni w moim regionie.

Pierwszy semestr – zabawa i luz. Skończyło się na dwóch „warunkach”, oblanych przedmiotach. Później z nożem na gardle jakoś odrobiłem jeden z nich, drugiego po raz kolejny nie zdałem. Niestety zmuszony byłem wziąć „dziekankę”, miałem rok przerwy w nauce. Teoretycznie powinienem być na trzecim roku studiów, niestety przez własne zaniedbania miałem rok „w plecy”. Wszystko byłoby w porządku, gdybym wtedy otrząsnął się, wziął życie we własne ręce i zmądrzał.

A, właśnie, o tym nie wspominałem. W międzyczasie poznałem pewną dziewczynę. Kochaliśmy się, była dla mnie wszystkim. Ja dla niej też byłem jedynym facetem na tym świecie. Tylko w momencie, w którym alkohol stał się ważniejszy, związek odszedł na drugi plan. Wolałem powiedzieć jej, że jestem zajęty, a potem siedzieć przed komputerem z piwem w ręku, niż zaprosić ją do siebie do mieszkania. Przedkładałem alkohol i bycie „pod wpływem” nad bliskość z ukochaną osobą. To nie tak, że już nie chciałem z nią być.  Kochałem ją nad życie, tylko ona widziała realny problem w moim piciu, a to mi nie odpowiadało. Przy niej nie mogłem się spić, bo miała z tym problem, nie podobało jej się to. Nie pozwalała mi, a dla mnie alkohol był wtedy większym priorytetem niż dziewczyna. Wiele razy mówiłem sobie, że z tym skończę, ale potem przychodził wieczór… i było jak zwykle

Nastąpił epizod z lekami. Zacząłem brać antydepresanty. Naprawdę chciałem się ogarnąć.  Chciałem skończyć z piciem, „zajadaniem” problemów, chciałem być normalny. Leki pomogły, ale jedynie na 3-4 tygodnie. Wtedy faktycznie nie piłem. Nawet jednego piwa nie wypiłem przez 3 tygodnie, nawet kieliszka. Było cudownie. A później przyszła dziwna myśl – „a co jeśli jedno piwo nie sprawi problemu? Jedno piwo? Przecież nic się nie stanie”. I wypiłem to piwo. A potem poszedłem do sklepu po kolejne trzy. Następnego dnia nie wziąłem tabletki. I znowu poszedłem do sklepu po alkohol…

W czasach liceum, nawet na początku studiów, byłem zdrowym chłopakiem. Może faktycznie piłem za dużo jak na swój wiek, ale początkowo nie był to problem. W późniejszym czasie niestety przytyłem. W początkach mojego tycia poszedłem na kompleksowe badania, łudziłem się, że to może problem z tarczycą. Niestety, jedynym problemem była wątroba, zniszczona nie jak u 21-latka, ale jak u starego pijaka. Prawie trzykrotnie przekroczone normy. Nie powiem, otrząsnąłem się. Niestety tylko na chwilkę, potem znów górę wziął alkohol. Przybrałem na wadze, sporo. Dlaczego? Pięć, sześć piw dziennie, do tego chipsy, żarcie, „zajadanie” problemów… to nie mogło się inaczej skończyć. Przytyłem naprawdę sporo, brzydziłem się swoim wyglądem w lustrze. Do dzisiaj się brzydzę, bo nadal biję kolejne rekordy. Bo nadal mam problem.

Leków nie biorę. Chociaż chciałbym się w końcu wyleczyć z picia alkoholu, chciałbym nie mieć potrzeby… a póki co każdy mój dzień wygląda tak: rano – postanowienie poprawy, bo kac. Po południu zaczynają się wątpliwości. A wieczorem lecę do sklepu po piwo. Nie, nie piwo… po piwa:  trzy, cztery, pięć piw. I chipsy. I tyję.

Sypie mi się związek. Przeze mnie. Przez picie. Nie mogę znaleźć pracy w swojej dziedzinie, bo najzwyczajniej w świecie nie próbuję. Dlaczego nie próbuję? Bo nie muszę. Rodzice poratują, dostanę kasę, jeśli tylko będę potrzebował. Najgorsze jednak jest to, że ja naprawdę potrzebuję się zmienić.  Bo jeśli się nie zmienię, to albo skończę niedługo na ulicy, albo w szpitalu. Bez dziewczyny, bez bliskich, najzwyczajniej w świecie się stoczę.

A tego nie chcę…

(zdj. sxc.hu)